Nieruchomo¶ci
Pozycjonowanie stron Odkurzacze Płyty gazowe Ekspres do kawyAnna nie słyszała skrzypnięcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czuła teraz większe znużenie niż z rana po zle przespanej nocy. Obudziła się o wczesnym zmierzchu. Z poczatku, zaskoczona pełnym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w głębi za oknem zarys płota i drzewo o czarnych, gnacych się gałęziach, nie mogła zorientować się, gdzie się znajduje. Nie zdażyła się jeszcze przyzwyczaić do tej dużej, obcej izby tak różnej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwała. Gdy o podobnej godzinie budziła się w Warszawie, widziała przez zmętniała szybę żałosnie obwisła rynnę, dalej obdrapana scianę pełna jakichs niepotrzebnych gzymsów i ozdób, watłych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wyżej czarny, wilgotny, gęsto połatany dach, smętne dymniki uwikłane w pajęczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z całoscia, w bezruchu zastygły, jakby ze starej ilustracji wycięty płat nieba. Gdy nadchodził przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacinał z ukosa, wówczas dymniki szamotały się apatycznie, potem z rosnacym mrokiem zapadał ospały spokój, tylko wiatr uwięziony pomiędzy murami bełkotał ptrzytłumionym oddechem. Tak w ciagu wielu miesięcy zżyła się z tym obrazem, że nim zdażyła teraz podniesć powieki, była pewna, że taki własnie widok narzuci się jej oczom. Pomyslała, że będzie musiała zaraz ubrać się i wyjsć na ulicę. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy nie powinna zmienić dzielnicy. Może jeszcze raz spróbować sródmiescia? Może... Westchnęła ciężko. Gdybyż można było schronić się przed tym wszystkim w sen długi i twardy! Ale kiedy po chwili zdała sobie sprawę, że nie jest już w Warszawie - nie odczuła ulgi. Dochodziła piata. Za godzinę - obliczyła szybko - powinien przyjsć kierownik poczty. Znowu będzie klać dogorywajaca żonę... Usiadła na łóżku, wsunęła stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju było zimno, powietrze przesiaknięte wilgocia czyniło chłód obslizgłym i lepkim. Drżac narzuciła szlafrok, pamiętajacy jeszcze lepsze czasy, i podeszła do toalety. Spojrzawszy w lustro wzdrygnęła się. Nie mogła patrzeć na siebie bez wstrętu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieniło ja zupełnie. Czasami miała wrażenie, że każdy dzień, każda noc posuwaja naprzód dzieło zniszczenia. Nieraz, budzac się z rana, zrywała się pospiesznie z łóżka i jeszcze oczy majac zaklejone od snu biegła do lustra. Starosć, nie, to nie o nia chodziło. Niedawno przekroczyła wprawdzie czterdziestkę, ale nie wygladała na więcej lat. Zmieniał się tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdys tak delikatny uległ trywialnemu zniekształceniu, usta układały się w przykry, wyuzdany grymas, oczy straciły wilgotny, miękki połysk. Anna czuła, że może teraz pociagać tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, głos, spojrzenia, wszystko w niej obiecywało rozpustę. Ile też razy w oczach zaczepionych mężczyzn wyczytała nietajony odruch niechęci i pogardy. Ile brutalnych słów uderzyło ja po twarzy. Brali ja ci, których twarze były napiętnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pękały wobec niej wszelkie hamulce, opadały maski, rwała się w strzępy układnosć, brudny kłab ciemnych pożadań wyciekał z obnażonych ciał, jak ropa płynaca z odkrytej rany, oplatywał ja swymi mackami, chłonał i ssał. Czasami przecież znajdowała nieomal zadowolenie w tym całkowitym i ostatecznym upadku. Czegóż może od życia żadać kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nędznie opłaconej chwili rozkoszy niczego nie żadał? Nic się już stać nie może. Zanurzyć się więc w tę otchłań, dosięgnać samego dna... Z pewnoscia tę własnie zgodę na wszystko wyczytał w jej oczach Litowka, gdy bawiac przed tygodniem w Warszawie spotkał Annę na ulicy. Zdziwiła się, że ja poznał. Nie widzieli się bowiem od dziesięciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich łaczyły. Anna żyła wówczas z Morawcem, stawiajacym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman był młodszy od niej, miał dwadziescia kilka lat, podobał się jej. Pociagał zuchwałoscia, mocnym ciałem, energia i tym nieuchwytnym błyskiem w oczach, który raz wydawał się cierpieniem, a kiedy indziej okrucieństwem. Niewiele wiedziała o jego przeszłosci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierzał się. Będac szczerym, umiał jednoczesnie być skrytym. Czym obecnie zajmował się - to oczywiscie wiedziała. Ale to jej nie przeszkadzało. Wierzyła, że nie potknie się. Pieniędzy miał zawsze pod dostatkiem. Miała więc spokój, nie potrzebowała chodzić po ulicy. W tym własnie czasie zaczał organizować pierwsza swoja bandę. Pewnego dnia przyprowadził nowego kompana. Był to Litowka. Przez kilka miesięcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skończyło się to wszystko. Po jakiejs grubszej, krwawo zakończonej historii, banda Morawca rozpadła się. Paru chłopców wpadło, dostali po kilkanascie lat ciężkiego więzienia. O Romanie słuch przepadł, zniknał również Litowka. Spotkała go teraz dopiero. Dowiedziała się, że Morawca od lat już nie widział i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skończył z podobnymi sprawami. Nie miał ochoty - wyznał - powędrować na szubienicę albo zginać w więzieniu. Nie każdy ma szczęscie Morawca. Zreszta i jego szczęscie może pewnego pięknego dnia prysnać jak łupinka. Osiedlił się więc na kresach wschodnich. Za pieniadze, które mu przypadły z podziału, wybudował domek i urzadził sklep z wyszynkiem. Zadowolony był ze spotkania. Zaproponował kolację. Wstapili razem do baru. Ciagle opowiadał o sobie. Ale Anna wiedziała, że szybko zdał sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znajdowała. Nie potrzebował pytać. Była ubrana zle, z tandetna jaskrawoscia, wygladała niezdrowo; chciwie, choć starała się panować nad ruchami, rzuciła się na gorace jedzenie. Gdy zaproponował jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodziła się bez wahania. Nie miała nic do stracenia. W Warszawie czekał ja tylko głód, a w niedalekiej przyszłosci szpital lub żebranina pod kosciołem. Ludzie? Uważała, że wszędzie sa ci sami, jednakowo zli. Wolała więc o tym nie mysleć, cieszyć się raczej, że znajdzie się na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobraziła sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, odżyły w niej bolesnym szarpnięciem najdawniejsze, rzadko budzace się wspomnienia. Wychynał z mroku czasu dzień wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jasminów, droga ocieniona rozłożystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim posród tych migawkowych obrazów zdażyła zarysować się smiejaca twarz Pawła Siechenia, Anna wstała szybko i spytała Litowkę: zatańczymy? W jego ciężkich ramionach, pod goracym, wódka przepojonym oddechem, znikły oczy i usta, których wolała z odległosci lat nie wywoływać. Zabawili w lokalu do póznego wieczora. Potem, po nocy, która dała Annie przedsmak tego, co ja czeka w Sedelnikach, wyjechali. Wies powitała ja wichura i deszczem Kiedy ocknał się z omdlenia i otworzył oczy, wydało mu się, że jest w więzieniu. Miał wrażenie, że leży na twardej pryczy, w ciasnej i niskiej celi, w głębi wyraznie zarysowało się małe, okratowane okno. Nie zaniepokoił się tym odkryciem. „Jest noc” - pomyslał tylko. Nawet go to nie zainteresowało, w jaki się tu sposób dostał. Zamknał z powrotem powieki i tak leżał dłuższa chwilę. Dopiero szum wiatru i głosy uswiadomiły mu pomyłkę. Od razu przypomniał sobie miniona godzinę, wszystko aż do ostatniego błysku przytomnosci. Cóż za historia! Lęki, widziadła, urojone rozmowy, goraczkowa maligna, stek chorobliwych bredni. Stwierdzał to jednak obojętnie, bez wzruszenia, jakby w tym wszystkim nie brał bezposredniego udziału, lecz pozostawał z daleka w roli widza. Czuł się zreszta teraz znacznie lepiej. Gdy usiadł, nie zakręciło mu się w głowie, minał również męczacy bezwład ciała, które chociaż dalekie od sprężystosci, pozwalało już przecież soba kierować. Pierwszych kilka ruchów wykonał sztywno i niepewnie, jakby był manekinem. Jeszcze nie dowierzał. Ale gdy wyprostował się i stanał na nogach, wstapiła w niego otucha. Nie bez złosliwej uciechy pomyslał o policjantach, których tak zręcznie umiał pozostawić poza soba. Wróciła mu i sprawnosć myslenia. Orientujac się według przebytej drogi, mógł przypuscić, iż według wszelkiego prawdopodobieństwa znajdował się gdzies w okolicy Wołkowyska. Przedostania się do miasta wolał nie ryzykować. Zaspokoić głód- to było obecnie najważniejsze. Nie czekajac na swit, postanowił natychmiast, korzystajac z osłony nocy, wyruszyć na poszukiwanie jakiejs wsi. Był pewny, że instynkt go nie omyli i dobrze poprowadzi. Wygramolił się z szałasu i poszedł w kierunku, w którym uczynił pierwszy krok. Przyzwyczajony do częstego przebywania w ciemnosciach, szybko oswoił się z terenem. Po zapachu mokradeł domyslił się, że idzie wzdłuż rzeki. Bór sosnowy w tym miejscu był wysoki i gęsty, lecz brak krzaków ułatwiał posuwanie się naprzód. Już po paru minutach Morawiec odróżniał ciężkie i twardo mrok żłobiace cienie pni. Wymijał je pewnie, ożywiony ruchem szedł coraz szybciej, ostry wiatr siekł go po twarzy, nie czuł jednak chłodu. Było mu lekko, prawie radosnie. Wsród tego wewnętrznego upojenia tracił chwilami swiadomosć, iż znajduje się w lesie. Wysokie szumy ogromnymi wodospadami raz po raz spływały na ziemię, i oto, jakby zapłodnione tym ożywczym deszczem, wyrastały nagle pod nogami puszyste trawy, wolna przestrzeń łak otwierała się dokoła, wiatr nastrajał ciało pospiesznym i szerokim oddechem. Wydało się Morawcowi, iż tylko patrzeć, a gwałtowniejszy podmuch spłynie snopem swiatła, rozewrze w górze ciemnosci i wielkie niebo nocy wstanie wysoko, pełne gwiazd wirujacych bezszelestnie: obszar bezkresny, pod którego bezpieczna osłona uspiona noc wolno toczy swoje pola, miasta, lasy i rzeki. Kilka razy zawadzał o wystajace korzenie, tracił równowagę, lecz machinalnie wyprostowywał się i szedł dalej nie zauważajac nawet potknięć. Coraz wyrazniej zdawał sobie sprawę, że musi się spieszyć i ani na chwilę nie wolno mu zatrzymać się i odpoczać. Miał niejasna, lecz uporczywa pewnosć, że gdyby teraz przystanał - natychmiast wszystko by się odmieniło. Znajdował się w stanie podobnym do marzenia półsennego, kiedy przeżywa się powiewne obrazy pełne napięcia nerwów, lecz wie się jednoczesnie, iż obok, jakby o krok, stoi i czeka inna rzeczywistosć i tylko nieznaczny ruch wystarczy nieuważnie w jej kierunku uczynić, aby jak wirom rzeki pozwolić się jej wciagnać. Poczał go ogarniać niepokój. Było mu coraz goręcej, palto zapięte pod szyję utrudniało oddech. Rozpiał je więc, odwinał szalik, czapkę zsunał z czoła. Nagle poczuł, że grunt pod nogami staje się miękki. Zrobił jeszcze kilka kroków: ziemia wyraznie uginała się. „Bagna!” - przemknęło mu przez głowę. Skręcił raptownie w bok, rzucił się całym ciałem, ale ledwie dotknał nogami ziemi, uswiadomił sobie, iż szybko zapada się w grzaskie mokradło. Instynktownie wyciagnał przed siebie ramiona. Nie znalazł żadnego oparcia, powietrze wymknęło mu się z dłoni jak oslizła ryba, szarpnał się, chciał się podzwignać, uwolnić nogi oblepione już po kolana gęsta mazia. Gdy wyprężył aż do bólu muskuły pleców i już się zamierzał poderwać do rozpaczliwego skoku, zawirowało mu w głowie, a w górze wysoko ponad soba, jakby w przelocie, ujrzał czarne, łopoczace skrzydła sosen. Jednoczesnie mdły odór bagniska uderzył go w nozdrza, pod palcami poczuł lepka wilgoć. Krzyknał. Już się nie zastanawiał nad celowoscia ruchów. Jak zwierzę osaczone w lesnym ostępie szamotał się slepo, bił rękoma przed siebie. Grzęznał przecież w mokradło coraz głębiej. Już do pasa się zanurzył i ciagle jeszcze nie czuł pod stopami oparcia: przepasć rozwierała się powoli, wchłaniała szarpiace się ciało bezszelestnie. Chciał jeszcze raz krzyknać, wołać pomocy. Ale strach i obrzydzenie zdławiły mu gardło. Usłyszał jedynie stłumione rzężenie, nieporadny, chrapliwy bełkot człowieka, który dusi się. „Koniec” - pomyslał. Nie czuł żalu, że umiera. Ogarnęła go tylko zaciekła nienawisć do podobnego końca, do smierci tak przypadkowej, bezsilnej i wstrętnej. Zdawał sobie sprawę, że przytomnosć nie opusci go do ostatniej chwili. Będzie działał nawet wówczas, gdy błoto zacznie mu się wdzierać do ust, zalewać uszy, potem nos, wreszcie oczy. Wzdrygnał się. Znów usunał się głębiej. Woń zgnilizny, ciężka i duszna, przyprawiała go o mdłosci. Była cisza. Wiatr zatrzymał się gdzies ponad lasem. Tylko rozbudzone bagno dawało o sobie znać głuchym bulgotem. W pobliżu, może z odległosci kilkudziesięciu kroków, krzyknał jakis ptak. Natychmiast drugi odpowiedział z daleka. Dzikie kaczki. Morawiec nie ruszał się. Odzyskał równowagę, stał wyprostowany, z dłońmi lekko wzniesionymi. Było dokoła tak ciemno, iż wzrok na próżno szukał jakiegokolwiek punktu oparcia. Cóż? Zanim godzina przedswitu rozjasni mrok, będzie już po wszystkim. Nikt nawet nie domysli się, co się tu wydarzyło pewnej nocy. Za kilka tygodni mrozy zetna mokradła, spadnie snieg... Pomyslał, że najlepiej uczyni przyspieszajac koniec. Im prędzej, tym lepiej. Przechylił się więc, ale zanim wykonał zamierzony ruch, wydało mu się, że nogami oparł się wreszcie o pewny grunt. Było jednak za pózno. Nie zdołał już opanować rozpędu, który sam wywołał, gwałtowne szarpnięcie celem utrzymania równowagi spózniło się o ułamek sekundy i Morawiec zesliznał się na bok. Upadł na prawa stronę, dławiacy chłód dosięgnał mu piersi, ogarnał ramię. Wtedy zaczał krzyczeć. Ksiadz Siecheń usłyszał już pierwsze wołanie Morawca. Dobiegło go z daleka. Natychmiast zatrzymał się. Głos przyszedł od strony Zelwianki. Czyżby ktos zabładził? Proboszcz skręcił ze scieżki i zaczał pospiesznie isć na przełaj lasem. Po gruncie opadajacym ku dołowi lekka pochyłoscia poznał, że rzeka musiała przepływać niedaleko. Zwolnił więc kroku, wiedzac, że w tej częsci lasu zdradzieckie bagna ciagnęły się na znacznej przestrzeni. Wiatr, wciskajacy pomiędzy drzewa zgęszczony zapach wilgoci, wskazywał na bliskosć mokradeł. Wołanie nie powtórzyło się. Ksiadz Siecheń przystawał kilka razy, nic jednak nie słyszał, była cisza, nawet szum sosen popłynał góra stłumiony. Sadzac, że uległ złudzeniu, zamierzał zawrócić, gdy nagle w odległosci kilkudziesięciu najwyżej kroków rozległ się przejmujacy krzyk, głos mężczyzny gwałtownie na pełnym oddechu wyrzucony, wibrujacy przerażeniem, wołanie, które zrazu wydało się krótkie, lecz zanim się urwało, przeszło w przeciagły skowyt, rozdzierajacy, obłakany ryk. Ksiadz Siecheń zadrżał. Podobnie krzyczacych ludzi słyszał w czasie wojny. Od razu zdał sobie sprawę, że musi komus grozić niebezpieczeństwo. - Kto tu? - zawołał. Posunał się naprzód kilka kroków i poczuł, że ziemia pod nogami zaczyna się uginać. Teraz wszystko zrozumiał. Nie zastanawiajac się, że sam się naraża na niebezpieczeństwo, rzucił się przed siebie w ciemnosć. Grzazki grunt lekko się rozstapił i proboszcz po kolana zapadł się w błoto. Ale już przy sobie, zaledwie o parę metrów, słyszał rzężenie człowieka, oddech przyspieszony, wcisnięty gdzies nisko, jak gdyby ze dna głębokiej przepasci wychodzacy. W tej chwili na nowo zerwał się wiatr. Gwałtownym kłębem runał z wysoka. Zafalowało powietrze. Ksiadz Siecheń, wykrzykujac jakies słowa krótkie i urywane, przechylił się i nagle, gdy wydało mu się, że zapada się w mroczna głab, uczuł pod palcami zacisnięta dłoń. Schwycił ja, już ramiona tamtego człowieka trzymał w swoich ramionach, przyciagnał je, poderwał, jakby dzwignać chciał ogromny głaz. Mysl proboszcza pracowała równo i spokojnie. Zdawał sobie sprawę, że od tej jednej minuty zależeć będzie nie tylko życie tamtego człowieka, lecz i jego własne. Ta swiadomosć dodała mu sił. Czuł, że siła o jaka siebie nawet nie podejrzewał, wstępuje w niego i na wskros przenika. Z odległosci czasu nigdy nie zdoła sobie przypomnieć, w jaki sposób udało mu się tego przypadkowo spotkanego mężczyznę uratować. Pozostanie mu jedynie w wyobrazni ciemnosć, a w niej okrutny ciężar obcego ciała, które przyciagał ku sobie kurczowym naprężeniem muskułów. Miał wrażenie w tej chwili, jak gdyby zwarł się z nieubłaganym wrogiem, jak gdyby od tego, czy zwycięży, czy pozwoli się pokonać, zależało nie tylko życie, lecz cos o wiele większego. Z poczatku Morawiec był zbyt oszołomiony zjawieniem się nieoczekiwanego zbawcy, aby dopomóc jego wysiłkom. Gdy jednak uczuł, że ciężar bagna usuwa się powoli z piersi, wyprężył się instynktownie, mocniej przywarł do obejmujacych go ramion. I tak przycisnięci do siebie, złaczeni jednym oddechem i jednym drżeniem, walczyli zaciekle, w skupionym milczeniu. Ksiadz Siecheń poczuł wyraznie pod nogami grunt. Wparł się w niego mocno. Odetchnał. Tamten za to w ostatniej chwili osłabł. Głowa opadła mu bezsilnie, ramiona zwiotczały. Proboszcz pociagnał go za soba jeszcze kilka kroków. Znajdowali się już w lesie. Ostrożnie więc, jakby miał do czynienia z chorym dzieckiem, ułożył mężczyznę na suchej ziemi. Morawiec leżał bez ruchu. Ogarnęła go niemoc podobna tej, która naszła go przed godzina w szałasie. Ciało miał skostniałe, oblepione błotem, mimo to czuł w sobie palace bolesne goraco. Szumiało mu w głowie. „Mam goraczkę” - pomyslał. Nagle wydało mu się, że człowiek, który go uratował, odszedł. Zaniepokojony, podzwignał głowę. Ksiadz Siecheń, usłyszawszy szmer, przyklęknał. Morawiec uspokoił się. Z powrotem oparł głowę o ziemię
Szukaj w katalogu:  
Strona główna » Motoryzacja » Atlasy drogowe


Strony: 1,



Wpisy:

Drogowa mapa Polski i Europy - Mapy, atlasy, plany miast

Darmowe plany polskich oraz europejskich miast. Narzędzia do wyznaczania i obliczania trasy. Szczegółowe mapy i atlasy.

     szczegóły strony

Odbiorniki

eNavigator - nawigacja GPS do samochodu, nawigacja GPS ręczna, na palmtop, laptop i na smartfon. Prowadzimy sprzedaż przez Internet - na stronie sklep. Mamy też salon nawigacji satelitarnej GPS w Krakowie. Oferujemy profesjonalny serwis i montaż GPS.

     szczegóły strony

901 in progress...
warsaw hotels wakacje hiszpania odchudzanie good warsaw restaurants warsaw hotels